Kiszenie rydzów

Kiszenie Rydzów

Czas płynął wartko. Jak woda w potoku. Jesień już panoszyła się czupurnie w polach, spodziewając się zimy. Bujne runie ozimin odrastały szybko, a zające wędrowały w laskach, węsząc skąd, z jakiej strony zawiewa tęga woń kapusty w rzędach.

Siewy rzeczywiście minęły spokojnie i gładko. Prędzej i pomyślniej niż turbowali się gospodarze. Zwieziono ostatki jesiennego siana omal pachnące pierwszymi, porannymi szronami. Kartofliska wykopano i też zasiano. Świeżo zaorane już świeciły czerwonymi szczotkami ozimej pszenicy. Także w sadach dojrzał już ostatecznie wielki dostatek jabłek zimowych, czekając cierpliwie na zbiórkę.

Szło pod pierwsze słoneczne i ciche dni października. Pasterki uwijały się z bydłem wcześnie, by zyskać na czasie i skoczyć do lasu na zdrowe jesienne grzyby.

Słoneczna pogoda w dzień i mokre, sute mgły nocami i nad ranem dobrze wpływały na obfitość grzybów. Wtedy to wytryskiwały z zielonych jeszcze i pachnących świeżo mchów najpiękniejsze chyba grzyby jesienne, jędrne, soczyste rydze, prawdziwa ozdoba polskiego lasu.

Wprawdzie już we wrześniu pojawiły się pierwsze rydze ale jeszcze nieśmiałe i o różowych , nikłych rumieńcach. Lecz najpiękniejsze rosły w październiku. Pomarańczowe albo ryże, o skórze twardej i świeżej, jak dotknięcie muślinu, o zdrowym, smacznym, chrupkim mięsie.

Kiedy na jesiennym, oprzędzionym starannie babim latem ugorze zarżały u wójta Ciastonia rydze konie, Maryna powiedziała Jankowi: – Ha-a! Rydzy koń na błoniu. Rydzy grzyb w ustroniu.

Ponieważ nie rozumiał co to znaczy, poprosił Bystroniową, żeby mu wytłumaczyła. I matka wytłumaczyła mu krótką powiastkę Maryny. – To pójdziemy gromadą na rydze? -spytał. – Oczywiście, że tak, zaczekamy aż ciocia przyniesie pierwsze rydze z Wielkiego Lasu. Tam jest las cisowy. A przecież wiesz, choć może nie pamiętasz, że ciocia mieszka blisko lasu rydzowego.

Bystroniowa nie skończyła jeszcze rozmowy z Jankiem, gdy otwarły się drzwi do kuchni i jakby na zawołanie przyszła ciocia obładowana koszami z wikliny. Wszedłszy powiedziała od progu: – Mowa była o wilku. A wilk tu. Niosę wam rydze. Ślicznie tego roku obrodziły. Jak ziemniaki.

Bystroniowa pocałowała siostrę i razem z Jankiem wzięła od niej kosze, które miała w rękach. Ciocia zdjęła, w czym pomógł jej usłużnie Janek, duży kosz z pleców tkwiący w wielkiej, białej płachcie lnianej.

Zaczęli oglądać po kolei dary. Ileż ich tam było, tych urodziwych rydzów! Jaka rozmaitość rodzajów! Jedne, jak srebrnawe trąbki z pomarańczowymi smugami. Drugie, jak rude pierścienie zatykane wołu do nozdrzy, jak go wiodą do miasta na targ. Inne, jak twarde kubki do kawy z jasnoczerwonym, jędrnym korzeniem. A jeszcze inne, jak pozłacane cienko naczynia z czysto pomarańczowym dnem wyścielonym aksamitem o barwie młodej marchwi.

Bystroniowa widząc takie bogactwo rydzowe, roześmiała się, i uścisnąwszy siostrę  szczerze i gorąco, powiedziała bez namysłu: – Wiesz, moja kochana, czekałam na ciebie. Mówię otwarcie i cieszę się, że dobrze przeczułam. Przygotowałam nawet faski, dębową beczułkę i kamienne garnki.

Ciotka Janka też się zaśmiała szeroko i powiedziała Bystroniowej: – Widziałam, że cię nie zaskoczę. Ale to lepiej. Dobra gospodyni wie czego się spodziewać. Janek dopiero teraz po tej rozmowie zrozumiał dlaczego mamusia kilka dni temu parzyła faskę dębową, beczułkę i kamieniaki. Sam pomagał grzać do czerwoności kamienie do wyparzenia naczyń. Bystroniowa i teraz nie traciła czasu. Po wypiciu kawy z bułką, zaraz wzięli się wszyscy do oporządzania rydzów. Dostali od Bystroniowej dwa przetaki. Jeden na rydze obrane na czysto. Drugi na odpadki i ostrużyny. Robota szła im sprawnie i szybko. Obierali grzyby, obcinali zręcznie końce trzonków. Wkrótce sok rydzowy, cierpki i surowy zapachniał mocno w izbie, jakby cisowy las przeniósł się ze swoimi aromatami na Bystroniówkę.

Po oporządzeniu grzybów Bystroniowa wzięła się do obierania czosnku i cebuli. Krajała i krajała, aż się popłakali. Nałożyła do fasek i beczułki na spód liści wiśniowych. Liście wybrali co najzieleńsze o szkliste, jak kanty szyby. Potem na wiśniowej podściółce układała warstwami rydze, te trąbkowate i te pozłacane, i te małe, jak uszka prosiątek. Przysypywała je obficie solą, przetrząsała pieprzem mielonym i czarnymi ziarenkami, później znowu przekładała liściami wiśniowymi, dodawała cebuli i czosnku. Od warstwy do warstwy wtykała liście bobkowe, ale tylko dla zapachu, więc nie za dużo, po kilka. Gdy faski i beczułka a potem kamieniaki były pełne, kiedy przyszedł z pola Bystroń, pomógł je zanieść do komory.

W komorze zakładano wierzchy. Cebula, liście bobkowe, wiśniowe, czosnek, ziarnka pieprzowe, po dwie, trzy czerwone torebki suchej papryki dal mocy, a kiedy wierzch był gotowy brano ciężkie, białe kamienie z lnianego ręcznika. Kamienie kładziono na samym wierzchu. Przykładano je ściśle, twardo i mocno. Czekano aż wystąpi cierpki i rzeźwy sok. – Sok podchodzi do góry – cieszyła się Bystroniowa – Po krzyku! Rydze, moi kochani, zakiszone.

Szli z komory do kuchni. Tam znowu pili lekką kawę z bułką i czekali na Marynę, żeby jej tę nowinę powiedzieć, jak wróci ze szkoły.

Marian Czuchnowski, Srebrna ostroga, Katolicki Ośrodek Wydawniczy „Veritas” Londyn 1958

Prawdziwki, rydze, kurki, podgrzybki i opieńki, maślaki i koźlaki w lasach, a na łąkach kanie i pieczarki. Grzyby i dzikie owoce to dary beskidzkich lasów. Nie zawsze jest ich tak wiele jak w pięknej opowieści z lat dziecinnych Mariana Czuchnowskiego, pisarza z niedalekiej Łużnej, ale bywa wielka obfitość. Przetwory zaś trafiają na stół, na zdrowie i smacznego!

Rowerowe szlaki

W górach, 19.9.1940

(…) Tak przyjemnie być młodym i móc bezkarnie męczyć się dla przyjemności, męczyć się bez celu, dla radości życia. (…) Droga jest szaleńcza. Kładziemy się na kierownicy, zaciskamy palce na hamulcach i zaczynamy spadać w dół, zlatywać w tempie ponad 60 km/godz. na prostych odcinakach. Strzałka na szybkościomierzu dochodzi wtedy do 60 i zatrzymuje się na sztyfciku. Nie nadąża. Przed każdym zakrętem piszczą hamulce, pochylamy się, szczęk odpuszczonych dźwigni przy kierownicy i rower skacze do przodu, jakby miał motor. Na 30-tu metrach prostej osiąga się szybkość ponad 50 km. Po dziesięciu kilometrach tej jazdy ręce mam zupełnie zdrewniałe. Przymarzły do hamulców. Nóg nie czuję w ogóle; zbite lodowatym wiatrem, zwisają przy siodełku jak obcy przedmiot. Jedynie na piersiach, pod swetrem, jestem spocony i z wysiłku, i z emocji. Upijam się prawie do nieprzytomności szybkością, furkotem wiatru przy uszach i tańcem na zakrętach. (…) Tadzio powiada: „Ten dzień będę pamiętał nawet po śmierci”

Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem, Wydawnictwo CiS, Towarzystwo Opieki nad Archiwum Instytutu Literackiego w Paryżu, Warszawa 2007.

Beskid Niski to idealne góry dla miłośników dwóch kółek. Kolarze szosowi znajdą dla siebie upajające zjazdy z serpentynami i męczące podjazdy. Okoliczne drogi były etapami z górskimi premiami Wyścigu Pokoju i Tour de Pologne, tutaj też odbywały się kilkukrotnie Mistrzostwa Polski w Kolarstwie Górskim. Przełajowcy i zwolennicy bezdroży odnajdą trasy, które powinny im zapaść w pamięć, emocjami i urodą. W okolicy wyznaczone są szlaki turystyki rowerowej, prowadzące po górskich ścieżkach i drogach gruntowych. Natomiast jeśli ktoś chce odpocząć aktywnie z dala od zgiełku, samochodów i bez dużego wysiłku, a dysponuje rowerem trekkingowym odnajdzie trasy, które nie sprawią kłopotów, a na pewno dadzą wiele radości prowadząc przez łąki i lasy.

Śnieg

„Zima zaczęła się regulaminowo, panie kapitanie. Tak jest!”

Stałem z boku w swym ciężkim płaszczu, pozapinany w pasie i z podpinką pod brodą, i było mi ogromnie dobrze, i otucha od tego śniegu.

A potem to już wiecie, jak to jest z tym śniegiem. Bywa, że pada kapryśnie i z namysłem, obietnicą zamiecie po szybach i zamieni się w krupy drobnego gradu, i rozleje w deszcz. Albo sklejają się płaty duże i mokre i zimnym pocałunkiem siadają nam na kołnierzykach płaszczów, na mokrych płytkach chodników, na oślizłych od jesieni parkanach i gontach, na korze drzew, na grudzie drogi, na powiędłych resztkach grzęd ogrodowych, na siwych i pordzewiałych  dachach domów. Albo przychodzi raz tak, że zaczyna padać i padać uporczywie, nieskończenie i jak się przytula twarz do zimnej szyby, to [nie] widać nic, tylko kurzawę i rojowisko płatków kapryśnych, kręcących się tam, tu, ówdzie, traci się poczucie, czy lecą one z nieba na ziemię, czy z dołu do góry, traci się wrażenie przestrzeni: czy ja jestem tu? czy ja jestem tam? gdzie te dalsze? – mijają się, jedne białe, drugie czarne, zarysy przedmiotów, drzew, domów zacierają się, zamglają …

Zygmunt Haupt, Czuwanie i stypa, w Baskijski diabeł, Czytelnik, 2008.

Mało kto potrafi tak jak Haupt opisać śnieg, zimę, kulig. Bo niewielu wie, że śnieg ma zapach, smak. Dodatkowo tak niestabilny i zmienny jak światło w zimowy dzień, czy księżycową noc. Albo świeży spirytus owocowy, szybko stygnący, to w rurkach, to w gąsiorku. Śnieg ma też swoje dźwięki, inne pod butem, inny pod płozą i nartą. Kopny śnieg brzmi inaczej niż ubity. A na mrozie poniżej 30 stopni wszystko dźwięczy jak u Bacha, niby podobnie, a za każdym krokiem i ruchem inaczej. Wczoraj ktoś zapytał mnie, gdy łopatą odgarniałem na nowo wjazd, czy ten śnieg się nie nudzi, jak ta robota? Ale przecież za każdym razem to inny śnieg, i na nowo przecież, to jak się ma nudzić? Męczy okrutnie, do spółki z mrozem i wilgocią. Nie pozwalając odpocząć za długo, pogania szybko stygnącymi, mokrymi plamami na plecach. Nudzić to się można…

Ale na pewno nie przy śniegu. Tu na wezwanie się staje „Zima zaczęła się regulaminowo, panie kapitanie. Tak jest!”

Śnieg

19.01.2019
19.01.2019
19.01.2019
19.01.2019
19.01.2019
19.01.2019
19.01.2019
19.01.2019
19.01.2019
19.01.2019
19.01.2019
19.01.2019
22.01.2019
22.01.2019
22.01.2019
22.01.2019
30.01.2019
30.01.2019
30.01.2019
30.01.2019
12.03.2019
12.03.2019

Zima nie odpuszcza ostatnie zdjęcie 12.03.2019.

Pochwała stworzeń

Pochwalony bądź, Panie,
Z wszystkimi Twoimi stworzeniami,
A przede wszystkim z naszym bratem słońcem,
Które dzień daje, a Ty przez nie świecisz,
Ono jest piękne i promieniste,
A przez swój blask
Jest Twoim wyobrażeniem, o Najwyższy…
Panie, bądź pochwalony
Przez naszą siostrę wodę,
Która jest wielce pożyteczna
I pokorna, i cenna, i czysta…
Panie, bądź pochwalony
Przez naszą siostrę – matkę ziemię,
Która nas żywi i chowa,
I rodzi różne owoce, barwne kwiaty i zioła…
Czyńcie chwałę i błogosławieństwo Panu
I składajcie Mu dzięki,
I służcie Mu
Z wielką pokorą.

św. Franciszek z Asyżu (1182 – 1226) 1225 rok

Pochwała stworzeń, Pieśń o stworzeniu, Cantico delle creature (wersja skrócona za http://www.kerygma.pl/modlitwy/588-pochwala-stworzen, tam też pełna i brewiarzowa wersja)

Dbamy o dobrostan naszych wierzchowców i nie obciążamy ich bardzo długą i forsowną pracą. Jeżdżąc konno pamiętajmy, że to żywe istoty, które się męczą, marzną, ciężko znoszą upał i złe towarzystwo.

Książę Fabrizio Salina stwierdził Se vogliamo che tutto rimanga come è, bisogna che tutto cambi. (Lampart, Giuseppe